Jak się stało, że jest jak jest?

Ostatnio w mojej głowie przewijały się myśli z cyklu “Co by było gdyby…” odnośnie mojego życia. 
Co by było gdybym 5 lat temu (ponad) wróciła do Polski po wakacjach i tam zaczęła studia? 
Moja odpowiedź na to pytanie to… zupełny brak pomysłu, bo nie mam pojęcia, gdzie bym wylądowała. Myślę czasem, że może byłabym szczęśliwsza, bo miałabym blisko moich prawdziwych przyjaciół, broniłabym mniej więcej teraz magistra, jak moi znajomi. Pewnie miałabym pracę, może faceta, a może męża? 
W planach była pedagogika w Białymstoku, na którą dostałam się, mimo nieciekawie zdanej matury. Tak, matura to bzdura i ja tą/tę bzdurę po prostu napisałam, ale nie mam czym się chwalić. Co najlepsze, to nie pamiętam, żebym jakoś bardzo przejęła się wynikami. Wróćmy do tych studiów. Nie byłam jednak pewna, czy będę się w stanie utrzymać się i jak bardzo będę mogła liczyć na pomoc. Drugą opcją było pielęgniarstwo w Łomży. Niestety papierów nawet nie składałam, bo tak bardzo nie chciałam tej konieczności brać pod uwagę.
Byłam wtedy na wakacjach w Stanach. To był jeden wieczór i jedna rozmowa. Podjęłam decyzję, że zostaję. Nie miałam jeszcze planu na najbliższy czas. Wiedziałam tylko, że będę musiała zakasać rękawy i liczyć na siebie. Nie miałam pojęcia o edukacji, nie miałam jeszcze pracy. Mieszkałam u brata i jego (wówczas) dziewczyny (dziś żony) na przedmieściach Chicago. Pamiętam jak dziś ten wieczór, kiedy samolot do Polski odlatywał beze mnie. Wisiałam na telefonie z moja przyjaciółką Agatą. Beczałam jak dziecko. Głośno ikałam jej w słuchawkę, słone łzy po policzkach do ust mi spływały i zapijałam je jakimś słodkim alkoholem, martini albo winem. Pamiętam te emocje. Nadal ściska mnie w żołądku…
Zatem zostałam. Samolot odleciał i trzeba było myśleć, co dalej. Znajomi pomogli znaleźć pracę, wyprowadziłam się od brata, po roku zaczęłam college, do którego też zawiozła mnie bliska koleżanka i pomogła mi w aplikacji. W międzyczasie kupiłam sobie starego Mercedesa za $1000

Kolejna znajoma pomogła z aplikacją na dofinansowanie od państwa na szkołę i tak sobie żyłam pracując w polskim spożywczym i trochę dorabiając na sprzątaniu, ale byłam szczęśliwa. 

Na początku mieszkałam w małym pokoiku, gdzie właścicielka domu trzymała jeszcze swoje rzeczy i o prywatność było średnio. Jej córka była po ciężkim wypadku samochodowym. Bałam się jej, bo nie była sprawna umysłowo. Po kilku miesiącach przeprowadziłam się w cudowne warunki “jak w domu”, ale i na to potrafiłam czasem narzekać. Dziś dziękuję Bogu, że tam trafiłam. W międzyczasie poznawałam mnóstwo ludzi, głównie przez polski sklep. Szkoła, praca, troche imprezowania, odwiedziny przyjaciółki i najlepsze wakacje w moim życiu

Pewnego dnia zepsuło mi się auto. Rozmowy, plany, co tu zrobić… Rada brata o wyjeździe do mojego taty, prośby mamy, żeby wracać do Polski, a ja w czarnej kropce. I znów decyzja podjęta w ciągu dwóch dni – wyjeżdżam do Nowego Jorku, gdzie mieszka mój tata.

Co by było gdybym jednak została na przedmieściach cudownego Chicago? 
Boję się, że nadal pracowałaym w tym polskim sklepie albo gdzieś na sprzątaniu. Pewnie skończyłabym college, ale przecież jak zaczynałam, to nie wybrałam kierunku, tylko zdawałam przedmioty, które akceptowali wszędzie. Na pewno miałabym dalej swoich wspaniałych znajomych i przede wszystkim brata i jego rodzinę blisko. 
Zatem dziś jestem w Nowym Jorku. W grudniu minie 3 lata. W Chicago mieszkałam 2.5 roku. Wróciłam do szkoły i zdobyłam Associate Degree (nie jest to porównywalne do licencjatu w Polsce, bo tutaj system jest nieco inny, ale już coś znaczy) w kierunku Early Childhood Education na uczelni publicznej na Manhattanie. Zdałam z wyróżnieniem, o czym dowiedziałam się na ceremonii. To była miła niespodzianka :)

W międzyczasie oczywiście otarłam się o pracę jako kasjerka i sprzątaczka, ale na szczęście w lipcu 2013 znalazłam pracę w cudownym przedszkolu, o jakim marzyć nie śmiałam. Dostałam się do kolejnej szkoły publicznej, jednej z najlepszym programem dla przyszłych nauczycieli. Tak, NAUCZYCIELI. Mój kierunek pozwala uczyć dzieci od 3-ciego roku życia drugiej klasy podstawówki. Walczę dzielnie w pierwszym semestrze, w tym samym kierunku ze specjalizacją Child & Youth, po której będę mogła pracować w organizacjach pomagającym dzieciom. I tutaj zaczyna się moje narzekanie. Od października 2013 jestem skazana na pracę w weekend. I to mnie często bardzo dobija i sprowadza moje myśli do tematu, co by było gdybym została w Polsce, czy Chicago. Pracuję niemalże każdy weekend. Miałam kilkanaście wolnych niedziel i może 3 soboty. Jeden z wolnych weekendów to było wesele koleżanki poza NY, ale to nie jest to samo jak dzień wolny i zaplanowany dla siebie. A moje niedziele poświęcałam głównie na naukę. Dobrze, że poraz kolejny w życiu trafiłam na dobrego szefa, który jest bardzo wyrozumiały. Teraz nie mam wolnych weekendów i nie zapowiada się, żebym miała. O tyle dobrze, że mogę w pracy czytać, co potrzebuje do szkoły na kolejne dni. 

Zatem mam doła czasami, kiedy chciałabym spędzić czas z R. a nie mogę. Mieszkamy od siebie mniej więcej godzinę komunikacją miejską, mamy inny rozkład tygodnia w pracy i na uczelniach, więc zostają nam wieczory, niestety późne wieczory. R. przyjeżdża do mnie, bo mieszkam z koleżanką. Robimy kolację, ogarniamy kuchnię, prysznic, muzyka albo jakiś film i trzeba iść spać, bo rano pobudka. Doszło do tego, że widzimy się 2 razy w tygodniu i to na krótko.
Czuję, jak młodość przepływa mi między palcami. Nie imprezuję, bo na drugi dzień muszę iść do pracy. Nie mogę zorganizować sobie pięknej niedzieli w parku, na plaży, czy jakimś publicznym wydarzeniu, bo… pracuję. I chce mi się często płakać nad sobą, bo patrzę na znajomych z Polski i widzę, że oprócz pracy i uczelni mają życie. A ja… robię się stara. 
I tak poza moim narzekaniem spowodowanym głównie pracą w weekend i perspektywą przyszłości, czyli przynajmniej kilku lat edukowania przede mną, to myślę sobie, czy będąc dziś w Polsce, czy Chicago, pracowałabym w miejscu związanym z moją przyszłą karierą, czy byłabym z kimś takim jak R., czy miałabym przyjaciół? Czy tak dobrze szło by mi na uczelni? Czy zaszłabym tak daleko? 
Jakby nie było, do wszystkiego dochodzę sama. Oczywiście pomijam początek: pierwsza praca, znalezienie dachu nad głową, rozpoczęcie edukacji, czy pomoc przy codziennościach, kiedy jeszcze nie miałam auta: za to wszystko jestem wdzięczna każdemu z osobna. Ale później byłam zdana na siebie. Poszukiwania dodatkowych prac, czy ich totalna zmiana, utrzymanie się, przeprowadzki (oprócz tej z Chicago do NY, bo to tata przeprowadził mnie samochodem w zimowy, grudniowy dzień… też przygoda), rachunki, wiązanie końca z końcem – wszystko sama. Oczywiście, że przewijało się mnóstwo osób, które mniej lub bardziej mi pomogły, ja nie zapominam o Was :) ale chodzi mi o takie większe zmiany i decyzje. 
Powiem Wam szczerze, że jak mnie ta chandra dopadnie czasem, to na drugi dzień myślę o tym wszystkim, do czego doszłam i gdzie dziś jestem. Czy jestem szczęśliwa? Tak. Czy zmieniłabym coś? Jeśli chodzi o wielkie decyzje, to nie. I mimo perspektywy jeszcze kilku lat, kiedy pewnie wiekszość weekendów spędzę w pracy zamiast używać młodości, to mam ogromną nadzieję, że los mi odpłaci i spełnię moje marzenia… :)

Dziekuję tym, co wytrwali do końca i wysłuchali, czytając, mojej historii, która i tak jeszcze pomija wiele wydarzeń ;) Rozpisałam się, ale potrzebowałam tego. Dawka endorfin do mózgu wskoczyła. 

Dziś to była wena! :)
O przyjaźniach i znajomosciach napiszę oddzielny post.
O systemie edukacyjnym też pojawi się post, jak tylko skonstruuję go w sposób prosty i dla Was zrozumiały.
Dzięki Wam,
pozdrawiam bardzo!