Milion myśli w mojej głowie dzisiaj mam…

Wszyscy dookoła bębnią o nadchodzących Świętach Bożego Narodzenia. Cieszą się z dekoracji na ulicach, przeżywają ubieranie choinki (wg mnie to trochę za wcześnie, ale nieważne), publikują zdjęcia o tematyce świątecznej i tak dalej… Klimat się zaczął.
Ja nigdy nie lubiłam świąt. Nie były nigdy takie jak powinny być: niepełna rodzina, życzenia telefoniczne, kolacja, prezenty, i pasterka lub do spania. Kiedy odeszli moi dziadkowie to juz w ogóle było nas 3 osoby przy stole. Odkąd jestem tutaj to też nie jest do końca tak, jak powinno być. Mama w Polsce, ja z ojcem i jego nową rodziną, a brat z rodziną w Chicago. Dobrze, że lecę do nich pierwszego Dnia Świąt. Spędzimy dużo czasu razem, poznają mojego R. Odliczam dni…
Tak więc… nie lubię świąt, piosenki w sklepach drażnią moje uszy, szalenśtwo zakupowe przyprawia mnie o zawrót głowy. Wiem, kwestia nastawienia. Powinnam docenić, że w ogóle mam gdzie iść, z kim spędzić i tak dalej. Ja wiem, narzekam może. Ale mogę, bo co roku jest to samo. Tylko, błagam, nie odbierajcie tego, że jest aż tak strasznie źle. Chodzi po prostu o to, że nie czuje takiej radości i oczekiwania, jakie widzę u innych. Ogólnie jest ok, nie siedzę przy stole z naburmuszoną miną ;)
Jednym z moich największych marzeń jest to, że kiedy założę rodzinę, to święta obrócą się w coś, co zacznie mnie cieszyć. Porządki w mieszkaniu, dekoracje, zakupy i towarzyszące temu wszystkiemu świąteczne przeboje. A jak dojdą do tego dzieci, to im taki klimat zrobię (z mężusiem), że zapamiętają na zawsze.
Jako, że te święta trzeba przeżyć, to zrobiłam dość wcześnie listę prezentów i prawie wszystko już mam. Nie zostawiłam na ostatnią chwilę. Większość prezentów zamowiłam przez internet, czekam jeszcze na kilka rzeczy, ale jest dużo czasu do świąt, więc zdąrzą dojść.
Tak poza tym, to kupiliśmy sobie z R., z okazji świąt, aparat Nikon J4. Zamierzamy wybrać się na Manhattan, żeby porobić jakieś zdjęcia dekoracjom. Tak – dekoracje mi się podobają mimo, że nie lubię świąt. Nowy Jork wygląda magicznie. Szkoda tylko, że wciąż nie ma śniegu.
Zatem jak zrobimy jakieś zdjęcia, to na pewno wstawię na bloga, żebyście mogli zobaczyć jak aparat się sprawuje. Póki co, zrobilam mnóstwo zdjęć mojemu kotu. W domu nie mam co fotografować, a ostatnio pada deszcz, więc nie biorę go ze sobą jak mam okazję wyjść. Ale jak zrobi się sucho to może coś popstrykam.
Ten aparat marzył mi się odkąd wyszła jego pierwsza wersja. Jest dla nas idealny. Mały i z wymiennymi obiektywami. Nie zamierzam robić profesjonalnych zdjęć, przynajmniej na razie, więc jest wystarczający. Kupiliśmy go na promocji z dodatkowym obiektywem,  więc już można poszaleć. 
Jedną z funkcji którą lubię, jest połączenie WiFi między aparatem, a telefonem komórkowym. Zdjęcia mogę od razu przerzucić na telefon bez podłączania do komputera. Cool :)
Wróciłam do szkoły po tej małej przerwie indykowej ;)
Następny tydzień jest dla mnie najgorszy, bo mam 3 prace do napisania (nie takie krótkie i łatwe), prezentację z koleżanką przed klasą i jeden egzamin (na szczęście do zrobienia w domu). Zdziwko prawda? TAKE HOME EXAM: tylko na studiach w Stanach to się może chyba zdarzyć ;) ale o systemie szkolnictwa napiszę oddzielny post. Kolejne tygodnie będą nieco lżejsze, zostaną mi 3 egzaminy do zaliczenia i pewnie jeszcze przynajmniej jedna krótka praca, o której profesor literatury jeszcze nam nie powiedział.
Jutro mogę już zarejestrować się na przedmioty w następnym semestrze. Mam nadzieję, że klasy które wybrałam, nie zapełnią się zbyt szybko i zdążę się zarejestrować.
A poza tym to deszczowo… Zakupiłam ostatnio KALOSZE. Tutaj kalosze to nie takie byle jakie buty. Nie wiem, jak to teraz jest w Polsce, ale tutaj kaloszy jest dużo, przeróżne rodzaje, od mega tanich do bardzo drogich, ocieplane, kolorowe, do kolana, za kosteczkę… Tęcza kaloszy na deszczową pogodę. Praktyczna to sprawa choć może niezbyt elegancka ;) 
—————————————-
Zapraszam na mój Facebook i Instagram :)