Na Dachu.

Święto Niepodległości w Stanach wypada 4 lipca. Mamy wtedy długi weekend, ludzie zazwyczaj organizują sobie jakieś wyjazdy lub korzystają z miejskich możliwości rozrywkowych, żeby nie siedzieć w domu. Jedną ze znanych atrakcji jest pokaz fajerwerków, który pięknie widać na tle Manhattanu z odpowiednich punktów widokowych (czyt. parków, dachów, ulic). Ludzie zbierają się wtedy TABUNAMI, żeby obejrzeć pokaz. 
Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy z Rafałem, czy pojedziemy, ale jakoś się zebraliśmy, bo żadne z nas na takim pokazie nie było. Ja pojechałam raz na plaże, ale to nie to samo, co czekało na mnie wczoraj.
Kiedy dojechaliśmy do Brooklyn Bridge Park, który był najbliżej nas, była już około 8:30. Ludzi… MASA. Policji… MASA. Gdzie tu stanąć, żeby coś zobaczyć?
Tu na pewno będzie coś wiadać”. Tak pomyślałam stojąc tuż pod mostem Manhattan Bridge. Rafał jednak miał inny pomysł więc chodziliśmy dookoła. Zbliżała się 9, czyli godzina pokazu. Ja już lekko poddenerwowana (jak to baba w gorącej wodzie kąpana) chodziłam za nim jak gęś. Nagle mój Ukochany oznajmia mi, że on tutaj kiedyś pracował i teoretycznie moglibyśmy wejść na dach jednego z budynków. Myślę sobie, że to przecież niemożliwe i że to tylko w filmach i w ogóle to się nie uda. Niestety okazało się, że karta, dzięki której moglibyśmy dostać się do budynku, została w domu. Czyli juz po ptakach. W międzyczasie Rafał wykonał kilka służbowych telefonów i po chwili kierowaliśmy się w stronę budynku, na którego dach mieliśmy się niby dostać. 
DUPA
Drzwi zamknięte. “ALE PECH!” Ale nagle… KTOŚ WYCHODZI!
Wbijamy się do budynku jakby nigdy nic, a moje tętno podwyższone. Obcy budynek. Niemieszkalny.  Nie wiem w ogóle co to jest za budynek. Wchodzimy do windy…
NIE DZIAŁA
No to schody i na dziesiąte piętro. Na trzecim dostaje zadyszki. Piąte. Zmieniamy drzwi, żeby iść wyżej. Po co? Nie wiem. Te za nami zamykają się z napisem “NO RE-ENTRY” – ja już panikuje, że nie wyjdziemy. Rafał oczywiście się nie poddaje i obraca w żart, że zostaniemy do rana. Kolejne piętro do góry…

Nagle jakiś policjant znikąd się pojawia i pyta kim jesteśmy. Pokazujemy dowody osobiste. On mówi, że nie możemy tu być. Skuwa nas w kajdanki i wyprowadza z budynku, a ja myślę o tym, co dalej, jak dostanę się do pracy jutro. Czy zadzwonię i powiem, że nie przyjdę? A może nas rozdzielą? Umarłabym! Co teraz będzie?!

UFF!
Już prawie ostatnie piętro. To były tylko moje Czarne Myśli towarzyszące wspinaczce na górę. Są drzwi. Rafał, mój prywatny bohater, otwiera je odważnie! Tam jakiś ochroniarz mówi, że nie możemy wejść na dach, że nikt nie może, że on nie może nas wpuścić… Cała nadzieja umiera. Jest już 9.  Nie będzie fajerwerków. Nie będzie romantycznego “kocham” przy światłach sztucznych ogni, na dachu… Nie będzie. W mięczyczasie inni ludzie nagle pojawiają się i chcą wbić na dach. Spotyka ich ta sama przygoda. Nie będzie jak w filmie. Choć przez chwilę było. 
NAGLE…
Wyłania się facet, który też pracuje w tym budynku, tak jak mój Rafał. Pyta Rafała, skąd jest. Wymieniają informacje. Wszystko się zgadza. Oni się znają! Facet mówi do stróża na dachu, że jesteśmy z nimi i…
WCHODZIMY NA DACH!
JEST JAK W FILMIE!
Ja już zniecierpliwiona. Jest po 9. Nie ma fajerwerków. Pewnie się skończyły. Nie zdążyliśmy. A może nie będzie ich tu widać! Tak! Doceniam Cie chwilo właśnie i marudzę mojemu Bohaterowi zamiast się cieszyć z TU i TERAZ. Rafał doprowadza mnie do porządku, emocje puszczają, jestem TU i TERAZ. Jest cudownie. Po prostu nie zaczęli jeszcze pokazu. Acha. No to nic, ustawię aparat, przekonam Rafała, że cieszę się jak dzieciak i będę czekać.
BUM!
BUM!
BUM!

Jest jak w filmie!
Wyznajemy sobie Miłość.
Że za rok też razem.
Że już na zawsze razem.
Jestem szczęściarą.
POWRÓT
Zmądrzyliśmy się i poszliśmy na stację troszkę oddaloną od głównego miejsca. Dojechaliśmy spokojnie do domu mimo tysiąca ludzi, którzy pewnie nie mieli tyle szczęścia co my, bo metro było zapchane jak puszka sardynek.
To był cudowny wieczór.
Mój krótki film…
“Na Dachu”