Podsumowanie wakacji || Studia w Stanach

Nadszedł ten czas, kiedy ostatnie dni sierpnia płyną szybciej niż jakiekolwiek dni w roku, szczególnie dla tych, co mają czas wolny tylko dla siebie, a w perspektywie powrót do szkoły czy na uczelnie. Chciałoby się zatrzymać czas, przedłużyć pełne słońca dni i mieć jeszcze więcej wolnych chwil na swoje sprawy. No ale, słowo się rzekło, nikt nie jest w stanie zatrzymać zegara i już niedługo pierwszy września.

 

JAK WSPOMINAM WAKACJE?
Uważam, że były bardzo udane. Czuję się świetnie. Wypoczęłam i wyspałam się za cały rok, co dało mi energię na kolejny semestr na uczelni. Opaliłam się, więc wyglądam prawie tak dobrze, jakbym wróciła z wakacji z Karaibów ;) Wróciłam do zdrowego żywienia (oczywiście zdarzały się wypadki po drodze) i do ćwieczeń w miarę regularnych. Przeczytałam kilka lekkich książek, które oderwały mnie od rzeczywistości. Miałam nareszcie czas, żeby zająć się sobą: pogłębianie makijażowych umiejętności, malowanie paznokci, maseczki, peeling kawowy… Wszystko w zwiększonej częstotliwości niż przy normalnym trybie życia.
W czerwcu zaliczyłam wizytę w Chicago u rodziny i ślub bliskiej koleżanki, na którym byłam świadkową (przeczytaj przemowę <klik>). Czwartego lipca przeżyłam przygodę włamując się na dach żeby obejrzeć fajerwerki <klik>. Spełniłam jedno ze swoich marzeń, czyli skok ze spadochronem :) <klik>. Robiłam dużo zdjęć, starałam się spędzać większość czasu poza domem, a jeśli już w domu byłam, to organizowałam sobie kosmetyki, robiłam małe porządki itp… :) Aaaa… i zapomniałabym! Odchudziłam portfel na rzecz nowych kosmetyków :P

CO TERAZ BĘDZIE?

Od poniedziałku czas wracać na uczelnię. Grafik tygodnia ustawiony, dwie prace znów będą przeplatać się z zajęciami, brak długiego spania, ale tylko do grudnia :)
Jestem coraz bliżej mojego celu, ukończenia kolejnego etapu studiów, później będzie czas na egzaminy stanowe i koniecznie magisterka. Mam motywację i dużo chęci. Naprawdę lubię chodzić na zajęcia, poznawać nowych ludzi, przebywać w budynkach mojej szkoły. Czasami zastanawiam się, jakie to będzie uczucie, jak skończę edukację już tak na amen. Jak będę miała na głowie jedynie pełen etat w pracy, brak chodzenia na uczelnię, więcej czasu na dbanie o siebie itd. Czekam na ten dzień, ale będzie to chyba dziwne uczucie ;)
Jak u Was to było, kiedy już zakończyliście studia? Ulga, czy raczej smutek i prawdopodobnie tęsknota? Dajcie znać :)



STUDIA W STANACH (uczelnie publiczne)

Przy okazji tego postu, chciałabym tak z grubsza opowiedzieć, jak wyglądają studia tutaj w Stanach, bo różnią się one od Waszych w Polsce.
Pamiętam moje początki i jak mój mózg nie był w stanie tego systemu pojąć. Jakieś KREDYTY, nazwy semestrów jak pory roku, dofinansowanie z państwa i jego kryteria, brak kartkówek i pytania przy tablicy… O CO TUTAJ CHODZI?
Studia zaczynają się zazwyczaj pod koniec sierpnia (28), a kończą w granicach 22 maja. Studia są płatne, czy publiczne, czy prywatne, za wszystko trzeba bulić. Stawka zależy od szkoły oraz od tego, czy jesteś tutaj jako rezydent, czy na wizie studenckiej oraz od kierunku. Ja mam to szczęście, że jestem jako rezydent NYC, więc koszta są regularne. Ale wszyscy ludzie jakich poznałam, którzy byli na wizie studenckiej, płacą 2-3(?) razy więcej. I nie mają szans na dofinansowanie z państwa. Nie jestem pewna do końca jak i czy mogą oni ubiegać się o jakąkolwiek pomoc finansową, więc będę opisywać to tylko na swoim przykładzie.
Każdy kierunek ma określoną liczbę przedmiotów do zdania. Są poszczególne grupy i można z nich wybierać co nas interesuje, oczywiście w zakresie kierunku. Każdy przedmiot ma swoją wagę kredytową, która mniej więcej odpowiada poziomowi trudności i ilości godzin w tygodniu. Co więcej, cena przedmiotu również zależy od tego, ile ma on przypisanych kredytów. Głównie przedmioty maja po 3 kredyty, czyli jeśli jeden kredyt kosztuje na przykład $300, to płacimy $900 ZA JEDEN PRZEDMIOT. Możecie wziąć na semestr maksymalnie 25 kredytów, czyli 5-6 przedmiotów. Jeśli pracujecie, to nie będziecie jednak w stanie tego zrobić, o czym za chwilę. Średnio studenci mają 4-5 przedmiotów na semestr. (12-14 kredytów), ale są i tacy, co studiują na pół etatu (rodzina, praca itp) i mają 2 przedmioty.
Jest też opcja dofinansowania z państwa, która jest limitowana, ale ja nie wiem dokładnie jak ten limit działa. Co mi wiadomo, to że nie pokrywają już magisterki. Dlatego najlepiej jest kombinować tak, żeby to całe dofinansowanie wykorzystać na cały licencjat (4 lata).
Jak dostać dofinansowanie? 
Trzeba być tutaj legalnie. Mieć zieloną kartę albo obywatelstwo oraz mieszkać w mieście, w którym znajduje się uczelnia. Co więcej, trzeba zarabiać odpowiednio mało i najlepiej jest być singlem (w papierach). Musicie też tak ustawić sobie przedmioty, żeby w sumie było minimum 12 kredytów. Jeśli spełnicie powyższe kryteria, pokryją Wam cały semestr/rok i jeśli zostaną jakieś pieniądze, to dostaniecie je do ręki. Nie jest to duża kwota, ale idealna na wydanie jej na książki (które tanie NIE są). O, i MUSICIE chodzić na zajęcia. Jest dozwolona liczba nieobecności.
Co ciekawe, przedmioty możecie dobierać sobie jak tylko chcecie, szczególnie na początku, później już jest pod górkę :P Jest to genialny system, bo jeśli pracujecie, to możecie pogodzić pracę z  uczelnią. Tak jak robię to ja. Mam dwie prace i 4 przedmioty na semestr. Jest ogromny wybór pór dnia i różnych profesorów (możecie sprawdzić opinie o profesorach wydawane przez studentów na stronie uczelni), więc można sobie świetnie zorganizować grafik.
Jak wyglądają zajęcia?
Przypominają mi one czasy liceum z taką różnicą, że nikt nie pyta i nie ma niezapowiedzianych kartkówek. Wszystko zależy od profesora. On układa plan całego semestru, który dostajecie do ręki już na pierwszych zajęciach. Najczęściej spotykane wymagania to jakieś papiery do pisania, prezentacje i projekty w grupach, krótkie quizy i dyskusje, w których trzeba uczestniczyć. Każdy przedmiot wygląda inaczej, ale na większość z nich trzeba się przygotowywać z lekcji na lekcję, a czytania na każdy przedmiot jest BARDZO DUŻO.
Jeśli chodzi o egzaminy, to w większości przypadków jest jeden w połowie semestru oraz jeden na koniec. W przeciwieństwie do studiów w Polsce, niezależnie od oceny z egzaminów, jesteście w stanie zdać przedmiot, ponieważ na jego ocenę pracujecie cały semestr poprzez te wszystkie różne wymagania wymienione wyżej. Naprawdę trzeba nie robić nic, żeby nie zdać. Dlatego uważam, że ten system jest przyjazny studentowi.
Profesorowie?
Większość, jakich spotkałam to ludzie, którzy traktują studentów poważnie i rozumieją, że każdy ma swoje życie, są w stanie iść na ustępstwo, zawsze chętnie pomogą itd. Spotkałam kilku profesorów tak mądrych i inteligentnych, że aż wstyd mi było otwierać buzię. Jedna profesorka z doktoratem, która robi research i różne badania, kolejna pracowała w sądzie przy poważnych sprawach i zdradzała nam wiele ciekawych faktów. Jednak byli też tacy, którzy mało wymagali i nie trzeba było za bardzo nic robić albo łatwo ich przekabacić :P Dzięki takim profesorom, łatwo jest podnieść sobie średnią na semestr :)
PODSUMOWANIE
Studia w USA nie są złe i uważam, że można sobie spokojnie poradzić. Na pewno kierunki ścisłe nie są już takie wesołe, ale to wszędzie jest tak samo. Jednak jak obserwuję mojego Rafała, który kończy w tym roku Kryminalistykę i mnie podczas Pedagogiki, to nie jest wcale ciężko. Wiem, że mnie czeka kilka trudniejszych przedmiotów na koniec, ale jeszcze o nich nie myślę :P
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie studiów w USA, to piszcie, chętnie odpiszę. A może podzielicie się swoim doświadczeniem? :)
Ten post mógłby być o wiele dłuższy, ale nie chciałam już opisywać szczegółów, dlatego ujęłam z grubsza to, co najważniejsze, żebyście mieli mniej więcej obraz jak to wygląda :)
Ściskam Was mocno!
Cieszcie się ostatnimi dniami wakacji, cieszcie się jeszcze wrześniem, studenci :) 
Mua!