Metamorfoza, która ciągle trwa.

Hej :)

Dzisiejszy wpis dedykuję wszystkim tym, którzy tak jak ja, uwielbiają słodycze, czekoladę, słodkie bułeczki, ciasta, ciasteczka… Jednym słowem, są uzależnieni od cukru i ciężko sobie radzą z odmawianiem czegokolwiek, a co dopiero mowa o jakiejś diecie, czy ćwiczeniach. Celowo piszę ten tekst teraz, bo jeszcze do wymarzonej sylwetki mi daleko, ale jestem w trakcie i czuję, że być może komuś potrzeba przeczytać to, co mam do powiedzenia.

Jeśli w miarę regularnie mnie czytaliście w przeszłości lub znacie mnie osobiście, to wiecie, że mam ogromny dystans do siebie, do swojego ciała. Wie o tym chyba najlepiej moja rodzina :) przed którą nie jeden raz wygłupiałam się i żartowaliśmy z moich dodatkowych kilogramów. Pisałam nawet o tym post z przymróżeniem oka, jeśli jeszcze nie czytaliście, polecam.

Planowałam zmianę stylu życia na zdrowy od stycznia tego roku. Wiedziałam, że na wadze przybrałam, ale nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. Odbicie lustrzane wyglądało tak jakby normalnie jak zawsze. Fakt faktem, że ubrania dziwnie się zmniejszały lub niekoniecznie dobrze leżały, ale dresy przecież zawsze w modzie! I tak sobie jadłam, podjadałam, byłam wiecznie zmęczona, z częstym bólem głowy, ale wciąż kochająca swoje ciało.

Ostatnio koleżanka, Beatka, zapytała mnie, czy ja tak naprawdę nie miałam kompleksów i czy z ręką na sercu kochałam swoje ciało. I choć nie do końca pewnie mi uwierzycie, to TAK. Mimo świadomości, że przybrałam na wadze, dowodów na zdjęciach, wadze i ubraniach, ja siebie uwielbiałam (ba, dalej uwielbiam). Ze szczerego serca Wam to mówię. A kiedy jeszcze słyszałam od Rafała, jaka ja jestem cudowna i seksowna, to gdzie mi w głowie było odchudzanie!

Zatem zamieszkaliśmy razem. Zorganizowaliśmy Sylwestra i zaprosiliśmy znajomych. Do zdjęć musiałam się bardzo gimnastykować, żeby schować duże uda, drugą brodę, czy niezgrabne ramiona. Ale jak widzicie na załączonym obrazku poniżej, gimnastyka przed aparatem mało skuteczna była.

Oglądając zdjęcia, uświadomiłam sobie, że mimo iż naprawdę lubię swoje ciało, to chyba jednak przekroczyłam granicę. A uwierzcie mi, patrząc codziennie w lustro, NIE WIDAĆ, jak się tyje. Ja nie widziałam. Zdjęcia oddały prawdę, ubrania, a później waga.

No właśnie… ta waga.

Stanęłam na wadze pierwszego stycznia i musiałam spojrzeć prawdzie w oczy.

75 kilogramów.

(…)

(…)

(…)

I niby mogłam to przeżyć i żartować sobie z tego, ale wtedy mój najwspanialszy na świecie Ukochany powiedział coś takiego, co było jak kubeł zimnej wody na głowę. Nie jestem w stanie przytoczyć jego dosłownych słów, ale brzmiało to mniej więcej tak:

“Kochanie, ja Cię kocham taką jaką jesteś, nieważne ile ważysz. Jesteś dla mnie seksowna i najwspanialsza, ale… (wstrzymałam oddech) jak jest 75, to będzie i 80. Albo coś z tym zrobisz, żeby czuć się lepiej albo… będzie jak będzie. I nie, że uważam, że jesteś gruba, po prostu nie chcę żebyś któregoś dnia płakała i żałowała.”

 

To były chyba najlepsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszałam w kwestii pobudzenia mnie do działania. A ja mam swój charakterek. Na mnie trzeba mieć sposób. Zmuszanie i mówienie “jedz sobie, będziesz gruba” na mnie nie działa. A Rafał tymi kilkoma zdaniami zadziałał jak burza.

Zapisaliśmy się na siłownię i tak zaczęła się moja przygoda. Moja walka o lepszą siebie. Zaczęłam ćwiczyć. Na początek dużo cardio, do podnoszenia ciężarów doszłam nieco później. Stosowałam się do zaleceń Rafała i jego wyliczeń makroskładników. Odstawiłam słodycze i wszystko, co ogólnie uważane jest za niezbyt zdrowe. Walczyłam każdego dnia. Raz było lepiej, raz gorzej. Zdarzało mi się sięgać po coś słodkiego, ale nie miałam wyrzutów sumienia.

Na przełomie marca i praktycznie do końca kwietnia, może nawet w maju, miałam załamanie. Znów podjadałam. Częściej pojawiało się coś słodkiego zjedzone w ukryciu przed światem, a w szczególności przed Rafałem, który dbał żebym nie była głodna, ale jadła zdrowo. Wiecie, jak mi wstyd było, kiedy jadłam coś słodkiego? Jakie poczucie winy! I wszystko w ukryciu. Wstydziłam się mojego uzależnienia przed ludźmi na ulicy. Miałam wrażenie, że wszyscy wiedzą, że jestem uzależniona. Nie wspominam o Rafale. Czułam się strasznie, a mimo to, nadal kupowałam coś słodkiego.

Ostatnie dwa tygodnie maja upłynęły na powrocie do zdrowego jedzenia i siłowni. Jak tylko zakończył się semestr, to do nowa wzięłam się za wszystko na poważnie. Zważyłam się na początku czerwca.

70 kilogramów.

Jaka to była ulga, że jednak mimo załamania, waga nie wzrosła, a zmalała. I postawiłam sobie cel, że skoro nie ma szkoły, to mam nareszcie czas, żeby skupić się na całego i zmienić nawyki. Jeśli chodzi o dietę, to zmniejszyłam węglowodany, jem głównie indyka, wołowinę, jajka (jedno żółtko, reszta same białka), wafle ryżowe, płatki owsiane, owocowe koktajle, sałaty itd. Treningi utrzymuje między trzy a cztery razy w tygodniu.

Stanęłam na wadze 26 sierpnia, a tam…

66 kilogramów… :)

Moja waga, do której dążę, z którą przyleciałam  tutaj zaraz po maturze, to 60 kg. Jakbym schudła do 58 to też nie będę płakać ;) ale mój cel jest oddalony ode mnie o 6 kilogramów. Waga spada wolno, ale w ZDROWY sposób.

Jak się z tym wszystkim czuję?

CUDOWNIE. I nie mam na myśli tylko tego, że waga spada i mam 66, a nie 75. Samopoczucie, ilość energii, endorfiny, zapomniałam o bólach głowy, miesiączkę przechodzę o wiele lżej niż kiedyś, bywa tak, że bez słynnego PMS. Ubrania wyglądają na mnie lepiej, czuję się mniejsza, ludzie zaczynają zauważać spadek mojej wagi, a miłość do własnego ciała wzrosła stokrotnie! :)

 

Czemu Wam o tym wszystkim piszę teraz, a nie za kilka miesięcy, jak już osiągnę mój cel? Bo wtedy będzie łatwiej to wszystko powiedzieć, bo już będę przy mecie. I będę pracowała nad utrzymaniem wagi i tworzeniem mięśni. A teraz jestem jeszcze w trakcie procesu. I jeśli wśród Was jest ktoś, kto nie wie, jak zacząć albo czy da radę albo jest gdzieś pośrodku drogi, to przybywam Wam z pomocą.

Bo ja doskonale wiem, jak to jest być uzależnionym od słodyczy (czy czegokolwiek, co nie jest zdrowe).

Bo ja doskonale wiem, jak to jest podjadać i nie umieć powiedzieć sobie “nie”.

Bo ja doskonale wiem, jak ciężko jest zacząć i zmienić swoje życie, nawyki i znaleźć czas na ćwiczenia.

Ja WIEM i ROZUMIEM.

Ale po tych kilku miesiącach wzlotów i upadków, kiedy jeszcze przede mną ogrom pracy, mam już w sobie moc, żeby Wam powiedzieć, że się da! Bo jeśli ja, obżarciuch, łakomczuch, przepadziwiec, kochająca jeść, leniwa krowa… jeśli mi się udaje, to i Wam, Tobie i Tobie się UDA.

Muszę zaznaczyć też, że moją siłę i działanie zawdzięczam Rafałowi, który jak nikt inny potrafi mnie zmobilizować do ćwiczeń, wspiera każdego dnia i daje mi energię. To jest bardzo ważne, jeśli macie wsparcie w drugiej osobie. Nie musi być to Wasz partner, ale chociaż jedna osoba, która w Was wierzy, wspiera, ROZUMIE i być może razem z Wami kroczy podobną ścieżką.

 

Na dzisiaj już tyle :)

Jeśli też zaczynasz, jesteś w trakcie, masz załamki, zwątpienie, a może potrzebujesz kilka słów motywacji od kogoś takiego jak Ty, a nie od zdjęć metamorfoz, czy samych szczupłych trenerek, które z wagą nigdy problemu nie miały, to dobrze trafiłeś. Ja chętnie zmotywuję :)

NEVER GIVE UP :)