Kosmetycznie #2

Witam moje Panie,
Obiecałam, że będą kosmetyki, więc są! Mam dla Was kilka mini recenzji na temat kosmetyków, które używam, ale o których nie wspominałam przy ostatnim kosmetycznym wpisie. 
TWARZ
Do pielegnacji twarzy dołączył peeling z Ziaji – liście zielonej oliwki, który jest bardzo delikatny, ale do twarzy idealnie ostry. Lubię używać go też do rąk. Wygładza, pięknie pachnie i najważniejsze: nie wysusza. 
Pamietacie krem z Ziaji – biała herbata? Skończył mi się, więc teraz używam nawilżający, matujący 25+ również z Ziaji, który podesłała mi Monika (Blonde Bangs). Bardzo go lubię, bo tak samo cudnie pachnie, idealnie nadaje się pod makijaż i rzeczywiście matuje. Oczywiście przy upałach to żaden krem nie wytrzyma, ale myślę, że jak trochę się ochłodzi, to będzie idealny. Ulubieniec :)
Ziaja – kozie mleko odgapiłam od Kasi, którą się ostatnio fascynuję, ale o tym w osobnym poście :P. Używam go na szyję i dekolt, tak jak Kasia. Kupiłam go wczoraj, więc nie mogę nic powiedzieć więcej na jego temat oprócz tego, że podoba mi się jego gęsta, kremowa konsystencja i zapach.
Uwielbiam Ziaję! 
KOLORÓWKA
O kosmetykach kolorowych muszę Wam zrobić oddzielny post, ale znalazłam idealny podkład i krem BB (do którego mam mieszane uczucia), więc trzeba się podzielić z Wami już teraz. 
MAC face and body foundation kupiłam od kogoś pełną buteleczkę 50ml w kolorze n1, żeby sprawdzić, o co tyle zachodu. W kolor trafiłam idealnie, co mam nadzieję, że odzwierciedlą zdjęcia  w bonusie (na końcu!). Jest rzadki i lekki, krycie ma słabe, ale można budować, jednak ja nie mam aż tak ogromnych problemów na skórze, więc mi całkowicie wystarcza. Używam do niego gąbeczki BB. Trzyma się dobre 8-10h, ale ja mam tendencję do dotykania twarzy, więc potrafię go mimowolnie zetrzeć. Nie oszalałam na jego punkcie, ale lubię :)
Krem BB z Rimmel 9 in 1 skin perfecting super makeup w kolorze light jest… Sama nie wiem. Używam go na krem z Ziaji i chyba to jest błąd. Trochę ciężko rozprowadza się na skórze, choć bardzo lubię, jak na niej wygląda. Z kolorem też trafiłam, więc smutno mi, że dosłownie spływa po twarzy i waży się przy letniej, wysokiej temperaturze i wilgotności powietrza. Chcę wyprobować go bez nakładania kremu pod spód, ale nie mogę się do tego przekonać. Ładnie pachnie. Mam mieszane uczucia :(
Tusz z Covergirl w wersji pomarańczowej już się skończył, inne tusze, które mnie zawodzą (nawet takie jak Urban Decay, Benefit, czy Lancome) leżą w szufladzie i czekają na zimę. Chciałam spróbować coś innego również z CG, bo ufam tej marce, jeśli chodzi o tusze, i kupiłam taki zwykły, z prostą klasyczną szczoteczką tusz, który ma niby podbijać niebieską tęczówkę, bo ma w sobie odcień granatu. Czy podbija, to bym nie powiedziała, ale trzyma się 10h na rzęsach bez żadnego ale. Po 12h zaczyna się kruszyć. Uwielbiam go i bardzo polecam. Ja na pewno wrócę do wersji pomarańczowej, bo już czeka w szufladzie z innymi zapasami. 
NYX Control Freak żel do brwi nie jest tak mocny jak żel z ABH, ale jeśli ktoś potrzebuje lekkiego utrwalenia, to nie trzeba mu nic innego. Brwi trzymają się w jednym miejscu, ale nie są twarde i zeschnięte. Bardzo lubię :)
Pomadka z Milani w kolorze Matte Blissful #62 gości u mnie bardzo często. Pokazywałam Wam ją na Instagramie. Jest matowa, pięknie pachnie i długo się utrzymuje na ustach, jeśli za mocno się nie znęcamy nad jedzeniem i piciem ;) Nie obsusza ust, jest przyjemna w noszeniu. Mam kilka pomadek z tej firmy, ale ta jest zdecydowanie moim nr 1.
WŁOSY
Olejek do włosów Isana też dostałam od Moniki i BARDZO go lubię. Odstawiłam na razie mój DIY żel z siemienia lnianego i używam właśnie tego olejku do stylizacji loków. Skręt jest taki jak lubię, włosy utrzymują się w stanie do wyjścia nawet do trzech dni. Ładnie pachnie i jest wydajny. Używam kilku pompek na cale włosy, a go tak mało ubywa. Na pewno będę chciała drugą butelkę :)
Mgiełkę Jantar spotkałam przypadkiem, więc postanowiłam spróbować. Używam jej zamiennie do stylizacji, ale bardzo rzadko. Nie wiem, czy działa, ale skręca loki i to jest dla mnie najważniejsze :P
Shea Moisture kokosowy smoothie do podkręcania loków również stosuję zamiennie z innymi kosmetykami. Odkąd robię żel z siemienia, nie kupuję już kosmetyków do stylizacji, ale na ten się skusiłam. Pięknie pachnie i podkręca loki. Na pewno skuszę się na niego w przyszłości.
Kosmetyki z Shea Moisture mają bardzo naturalne składy i nie są testowane na zwierzętach. Mam jeszcze maseczkę do włosów, ale ostatnio jej nie używam, oraz szampon z tej samej, kokosowej serii. Zasługują na uznanie :)
Szampon, który ostanio mi służy, to Ogx woda kokosowa. Jest cała seria z odżywką i serum, ale ja mam tylko szampon i uważam, że daje radę. Włosy się nie puszą, są miękkie, pachnące i nawilżone. Nie oszczędzam go, więc wystarcza na około 2 miesiące. Możliwe, że do niego wrócę. BOSKO pachnie!
CIAŁO
Ostatnia kategoria to ciało, a w niej moj ulubiony i niezawodny dezodorant z Nivea, który spisuje się na medal w każdy, nawet najbardziej upalny dzień. Testowałam ogrom preparatów pod pachy, ale żaden nie spisał się tak jak Nivea. Żałuję, że dopiero teraz go odkryłam :(
Moje ciało nie jest jakos specjalnie suche i nie wymaga nawilżenia. Zimą częściej sięgam po balsamy, czy oleje do ciała, ale zdarza mi się od czasu do czasu używać teraz olejku do ciała z Isany. Przyjemnie pachnie, szybko się wchłania i pozostawia na skórze przyjemną warstwę. Atomizer to taka delikatna mgiełka, więc wystarczy się spryskać i gotowe :)
Moje najbardziej zużywane perfumy tego lata to Dolce & Gabana light blue. Ten, kto zna ten zapach i się z nim lubi, to wie, że na tę porę roku jest idealny: orzeźwiający i świeży. Długo utrzymuje się na skórze :)
To wszystko, jeśli chodzi o kosmetyki.
Czy znacie któreś z nich? 
Dajcie znać! :)
W ramach wynagrodzenia, że czekaliście długo na jakikolwiek post na moim blogu, mam dla Was mega kolorowy, odlotowy makijaż na lato :) 
Jest weekend, może idziecie poimprezowac albo lubicie chodzić jak papużki na codzień. Z jakiegokolwiek powodu, na jakąkolwiek okazję, być może wykorzystacie moją propozycję makijażową.
Mimo niebieskiej tęczówki zaszalałam z niebieskimi cieniami, bo je uwielbiam! ;) ale na pewno to zestawienie koloryztyczne sprawdzi się u większości z Was! Szczególnie u piwnookich i brązowookich :)
W roli głównej dziś…
Paleta Del Mar II z firmy Sleek.
Ci, co przyjaźnią się ze mną na Insta widzą, że zamówiłam sobie tą paletkę :)
Jestem z niej bardzo zadowolona, jakościowo jest o niebo lepsza niż jej poprzedniczki, które mam w swojej szufladzie. Cienie są świetnej jakości, nie osypują się (ciemny brąz może delikatnie) i ładnie się blendują.
Jako bazę użyłam Urban Decay Primer Potion, którą ugruntowałam kolorem Buff z paletki Lorac Pro 2
Żeby niebieskie kolory ładnie się wybijały, nałożyłam na powiekę ruchomą białą kredkę z NYX w kolorze Milk i roztarłam palcem. Nadal skupiając się na ruchomej powiece, nałożyłam cień Bora Bora (ten turkusowy niebieski ;)), a w zewnętrznym kąciku, rozcierając trochę do góry i do środka powieki, nałożyłam Ocean Beach (ciemny “oceaniczny” niebieski). 
Żeby zatrzec granice na gorze, użyłam puchatego pędzla i koloru Light Brown z palety Lorac Pro 2. Lekko zmieszałam go z ciemnym niebieskim, żeby granice nie były zbyt mocne, a oko dostało głębi :P
Na linię rzęs nałożyłam cień Navy (Lorac Pro 2), ponieważ chciałam zagęścić linię rzęs, bo kreska nie jest mi dana z powodu opadającej powieki :P
Oczyściłam powiekę kolorem Buff (LP2) oraz wacikiem zwilżonym płynem do demakijażu “wyrysowałam” granice na zewnętrznej stronie oczu oraz przetarłam dolną powiekę z osypanego granatu.
Linię wodną (dolną) pociągnęłam znów białą kredką i wąskim pędzlem nałożyłam na nią cień Ibiza Rocks (żółty). 
Wyciągnęlam żółty na dolną powiekę bardzo delikanie oraz cieniem Ushuaia (jasny brąz) podkreśliłam lekko dolną powiekę, żeby żółty mógl się stopić i żeby nie było widocznej granicy.
W wewnętrznym kąciku zwilżonym pędzelkiem nałożyłam cień z drobinkami  w kolorze Loco (jasna brzoskwinka)
Wytuszowałam rzęsy wspomnianym wczesniej tuszem Cover Girl oraz zrobiłam makijaż twarzy
Brwi podkreśliłam cieniem z ABH w kolorze Soft Brown
Na usta wjechał błyszczyk :) 

GOTOWE! :)


Dajcie znać, co myślicie :)
Mam w planach osobą recenzję tej palety. Chcecie? :)

Pozdrawiam Was serdecznie!


Na Dachu.

Święto Niepodległości w Stanach wypada 4 lipca. Mamy wtedy długi weekend, ludzie zazwyczaj organizują sobie jakieś wyjazdy lub korzystają z miejskich możliwości rozrywkowych, żeby nie siedzieć w domu. Jedną ze znanych atrakcji jest pokaz fajerwerków, który pięknie widać na tle Manhattanu z odpowiednich punktów widokowych (czyt. parków, dachów, ulic). Ludzie zbierają się wtedy TABUNAMI, żeby obejrzeć pokaz. 
Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy z Rafałem, czy pojedziemy, ale jakoś się zebraliśmy, bo żadne z nas na takim pokazie nie było. Ja pojechałam raz na plaże, ale to nie to samo, co czekało na mnie wczoraj.
Kiedy dojechaliśmy do Brooklyn Bridge Park, który był najbliżej nas, była już około 8:30. Ludzi… MASA. Policji… MASA. Gdzie tu stanąć, żeby coś zobaczyć?
Tu na pewno będzie coś wiadać”. Tak pomyślałam stojąc tuż pod mostem Manhattan Bridge. Rafał jednak miał inny pomysł więc chodziliśmy dookoła. Zbliżała się 9, czyli godzina pokazu. Ja już lekko poddenerwowana (jak to baba w gorącej wodzie kąpana) chodziłam za nim jak gęś. Nagle mój Ukochany oznajmia mi, że on tutaj kiedyś pracował i teoretycznie moglibyśmy wejść na dach jednego z budynków. Myślę sobie, że to przecież niemożliwe i że to tylko w filmach i w ogóle to się nie uda. Niestety okazało się, że karta, dzięki której moglibyśmy dostać się do budynku, została w domu. Czyli juz po ptakach. W międzyczasie Rafał wykonał kilka służbowych telefonów i po chwili kierowaliśmy się w stronę budynku, na którego dach mieliśmy się niby dostać. 
DUPA
Drzwi zamknięte. “ALE PECH!” Ale nagle… KTOŚ WYCHODZI!
Wbijamy się do budynku jakby nigdy nic, a moje tętno podwyższone. Obcy budynek. Niemieszkalny.  Nie wiem w ogóle co to jest za budynek. Wchodzimy do windy…
NIE DZIAŁA
No to schody i na dziesiąte piętro. Na trzecim dostaje zadyszki. Piąte. Zmieniamy drzwi, żeby iść wyżej. Po co? Nie wiem. Te za nami zamykają się z napisem “NO RE-ENTRY” – ja już panikuje, że nie wyjdziemy. Rafał oczywiście się nie poddaje i obraca w żart, że zostaniemy do rana. Kolejne piętro do góry…

Nagle jakiś policjant znikąd się pojawia i pyta kim jesteśmy. Pokazujemy dowody osobiste. On mówi, że nie możemy tu być. Skuwa nas w kajdanki i wyprowadza z budynku, a ja myślę o tym, co dalej, jak dostanę się do pracy jutro. Czy zadzwonię i powiem, że nie przyjdę? A może nas rozdzielą? Umarłabym! Co teraz będzie?!

UFF!
Już prawie ostatnie piętro. To były tylko moje Czarne Myśli towarzyszące wspinaczce na górę. Są drzwi. Rafał, mój prywatny bohater, otwiera je odważnie! Tam jakiś ochroniarz mówi, że nie możemy wejść na dach, że nikt nie może, że on nie może nas wpuścić… Cała nadzieja umiera. Jest już 9.  Nie będzie fajerwerków. Nie będzie romantycznego “kocham” przy światłach sztucznych ogni, na dachu… Nie będzie. W mięczyczasie inni ludzie nagle pojawiają się i chcą wbić na dach. Spotyka ich ta sama przygoda. Nie będzie jak w filmie. Choć przez chwilę było. 
NAGLE…
Wyłania się facet, który też pracuje w tym budynku, tak jak mój Rafał. Pyta Rafała, skąd jest. Wymieniają informacje. Wszystko się zgadza. Oni się znają! Facet mówi do stróża na dachu, że jesteśmy z nimi i…
WCHODZIMY NA DACH!
JEST JAK W FILMIE!
Ja już zniecierpliwiona. Jest po 9. Nie ma fajerwerków. Pewnie się skończyły. Nie zdążyliśmy. A może nie będzie ich tu widać! Tak! Doceniam Cie chwilo właśnie i marudzę mojemu Bohaterowi zamiast się cieszyć z TU i TERAZ. Rafał doprowadza mnie do porządku, emocje puszczają, jestem TU i TERAZ. Jest cudownie. Po prostu nie zaczęli jeszcze pokazu. Acha. No to nic, ustawię aparat, przekonam Rafała, że cieszę się jak dzieciak i będę czekać.
BUM!
BUM!
BUM!

Jest jak w filmie!
Wyznajemy sobie Miłość.
Że za rok też razem.
Że już na zawsze razem.
Jestem szczęściarą.
POWRÓT
Zmądrzyliśmy się i poszliśmy na stację troszkę oddaloną od głównego miejsca. Dojechaliśmy spokojnie do domu mimo tysiąca ludzi, którzy pewnie nie mieli tyle szczęścia co my, bo metro było zapchane jak puszka sardynek.
To był cudowny wieczór.
Mój krótki film…
“Na Dachu”

Weselne Przemówienie

Przepraszam Was za moją nieobecność w ostatnich tygodniach, ale już powracam do Was i znów postaram się publikować na bierząco. Zrobiłam duże zakupy kosmetyczne, myślę, że niedługo Wam o nich napiszę :)

W ostatni weekend miałam zaszczyt świadkować na ślubie mojej bardzo bliskiej koleżanki Doroty i (jej męża) Mirka. Z tej okazji polecieliśmy z Rafałem do Chicago na kilka dni, żeby być na ślubie oraz spędzić czas z moją rodziną. 
Wesele było udane, głowa nie bolała na drugi dzień, a poprawiny, mimo deszczu, również się udały. Wspomnienia są :)
Postanowiłam, że przytoczę Wam moją mowę weselną, którą napisałam w ostatniej chwili, a dzień przed ślubem całkowicie zmieniłam. Za dużo chciałam powiedzieć, nie wiedziałam, co będzie odpowiednie, a nie mogło być przecież nudno. Był stres, ponieważ nigdy nie miałam okazji mówić przed salą pełną prawie 200 osób, a w dodatku na ślubie. Nie można przecież było zepsuć tego cudownego dnia.
Witam Wszystkich bardzo serdecznie!
Dla wszystkich tych, którzy mnie nie znają, mam na imię Magda i jestem bliską koleżanką Doroty. Zanim cokolwiek powiem, Dorota, wyglądasz przepięknie! Mirku, a Ty nigdy nie wyglądałeś tak przystojnie jak dziś! Wszystkie dziewczyny w parku się za Tobą oglądały. Patrząc na Was widać, jak kipi z Was miłość i szczęście, a to w dzisiejszych czasach nie jest często spotykane. Jesteście idealnie dobraną parą.
Chciałabym zacząć od tego, ze raz na jakiś czas dwoje ludzi spotyka się na swojej drodze i tylko oni wiedza, że są sobie przeznaczeni. Czują w sercu, że świat stanął do góry nogami, żeby ich młode serca biły razem do końca swoich dni. To było do przewidzenia, kiedy Dorota i Mirek spotkali się kilka lat temu.
Przyjaźń z Dorotką to najlepsza rzecz, jaka przytrafiła mi się, kiedy zaczęłam mieszkać w Chicago. Poznałyśmy się na studiach i spędziłyśmy razem kilka semestrów. Wszyscy wiemy, jak wygląda wspólna nauka, 30 % to nauka, a kolejne 70% to pogaduchy do późnych godzin wieczornych. Niestety, ale nasza przyjaźń została poddana próbie, kiedy przeprowadziłam się do NY. 
Dorotko, pamiętam ten wieczór, kiedy zadzwoniłaś i zapytałaś, czy mogłabym być świadkiem na Twoim ślubie. Bardzo się ucieszyłam i nie mogłam doczekać się tego dnia, który nadszedł szybciej niż się spodziewałyśmy. Dorotko, jesteś przekochaną osobą, która zawsze zrozumie, doradzi i potrafi wysłuchać. Posiadanie takiej przyjaciółki to naprawdę szczęście! Z Mirkiem nie znaliśmy się nigdy wcześniej, ale gdy Dorotka mi go przedstawiła, od razu wiedziałam, że są idealnie dopasowani. 
Mirku, masz wspaniale serce, jesteś dobrym człowiekiem i widać ze Dorota jest całym Twoim światem. Rzucasz żartami na prawo i lewo, co sprawia, że nie da się Ciebie nie lubić. Wiem, że oboje stworzycie udane małżeństwo, bo jesteście jak puzzle: idealnie dopasowani. Wiem, że Wasze małżeństwo będzie takie, o jakim marzy nie jedna para.
Doroto i Mirku, kolejny etap w Waszym życiu, początek czegoś nowego, wspólnego mieszkania i uczenia się bycia obok siebie każdego dnia. Niech dzisiejszy dzień będzie fundamentem lat, które są przed Wami. Niech Wasz dom wypełni się radością, a Wasze serca niech zawsze będą pełne miłości tak jak przez ostatnie lata. Bądźcie cierpliwi, wyrozumiali dla siebie i nigdy nie zapominajcie o tym, co Was połączyło.
Gratulacje Młodej Parze!

Ode mnie mikrofon przejął świadek, brat Pana Młodego, który rozbawił wszystkich wierszem o Młodej Parze :) 
Nie widziałam, żeby ktoś się wzruszył na moim przemówieniu, więc całe szczęście. Podobno ludziom się podobało, nie wiem, ile w tym prawdy :P a czy ja jestem zadowolona? Raczej tak. Ujęłam to, co chciałam, płynęło z serca, więc jest dobrze :)

Co myślicie o mojej mowie?
Mieliście okazje usłyszeć mowę świadków lub może sami ją wygłaszaliście?
Dajcie znac :)

A ja idę nadrabiać Wasze posty, bo dawno mnie u Was nie było!

Tak się oto prezentowałam :)

Oni: młodzi, piękni, wolni… czyli Nastolatki.

Kilka dni temu jadąc metrem i słuchając najnowszej płyty Bednarka (są tu jego fani?), obserwowałam sobie czwórkę nastolatków, a mianowicie dwie pary. Miliony myśli przebiegały w mojej głowie, ale do dziś pamiętam tylko niektóre i pomyślałam, że warto się z Wami podzielić. 
Moje naście lat.
Zacznijmy od tego, że kogokolwiek bym nie zapytała, to nikt nie daje mi więcej niż 20 lat. Niektórzy nawet twierdzą, że mam o wiele mniej, ale to już według mnie przesada. Oczywiście jest to wspaniałe, bo to znaczy, że będę wiecznie młoda… daj Boże. Niestety ja wiem, ile mam lat i pamiętam jaka byłam mając te naście i jaka jestem teraz. 

Na tym zdjęciu mam 19 lat, jeszcze w Polsce :)


Przyleciałam do Stanów i usamodzielniłam się w wieku 19 lat. Przez ostatnie sześć lat bardzo się zmieniłam. Kiedyś nie byłam gotowa na związek w poważnym tego słowa znaczeniu. Chciałam zawsze mieć “chłopaka“, ale nigdy nie trafiłam tam gdzie trzeba lub było to uczucie jednostronne (czyt. tylko z mojej strony). Żyłam chwilą, poznawałam ludzi, miałam grupkę fajnych znajomych, byłam taka wolna
Kiedy w końcu nadeszło magiczne 21, kiedy już legalnie mogłam imprezować i pić alkohol, spędzałam czas z koleżankami w okolicznych dyskotekach, miałam wieczny bałagan w pokoju i byłam szczęśliwą bardziej lub mniej singielką. Chodziłam na randki – i owszem – ale nie były to związki długoterminowe. Nawet nie myślałam o nikim na całe życie. Byłam młoda i miałam czas na wszystko. Aż do momentu kiedy miałam 22 lata i miałam swój półtoraroczny związek, który nie przetrwał, choć myślałam, że zakończy się ślubem. 
Niedługo później poznałam mojego obecnego chłopaka i już wiem, że więcej ich mieć nie będę. Mam 25 lat i wiem, że to jest TO. Rafał, to spełnienie moich marzeń albo nawet lepiej. Każdej dziewczynie życzę tak wspaniałego faceta. Do czego zmierzam z tymi wszystkimi zwierzeniami… 
Będąc z kimś te 3 – 4 lata temu nie myślałam poważnie o przyszłości. Oczywiście były przebłyski, ale raczej na lata bliżej trzydziestki. Nie byłam po prostu gotowa, żeby zostać czyjąś żoną, a później matką. Dzisiaj natomiast, jestem w pełni świadoma swojego wyboru, wiem, czego chce, z kim chcę być do końca życia i jak widzę przyszłość. Czuję i wiem, że moja miłość, moje uczucie, że to jest dojrzałe i już nie przestanę kochać po dwóch miesiącach. 
Oni: młodzi, piękni, wolni…
Właśnie te dwie pary, które zaobserwowałam przypomniały mi o moim nastoletnim życiu i momencie moich sercowych rozterek. Nie powinnam ich tak nazywać, ale te dzieciaki, w totalnie pozytywnym tego słowa znaczeniu, to tacy wspaniali młodzi ludzie, którzy mają przed sobą cały świat. Zakochani, zauroczeni sobą nawzajem, z kolorowymi włosami, trzymający się za ręce, dziewczyny w mocnym makijażu i bluzce odkrywającej brzuch i dekolty. Chłopcy jeszcze bez zarostu, w krótkich spodenkach i w sportowych butach. Młode dusze, młode ciała bez zmarszczek i pełne życia…
Jedna z par wyglądała mi na takich dobrych przyjaciół. Pokazywali coś sobie w telefonach, śmiali się, rozmawiali i widać było, że jeden za drugim w ogień by skoczył. Obrazek pełen emocji. Aż wstydziłam się patrzeć tak dosadnie, żałując, że nie mam przeciwsłonecznych okularów. Tak miło było na nich patrzeć.
Druga para natomiast nie była już sobą tak zauroczona. Dziewczyna w różowych włosach i krótkiej bluzce z wielkim dekoltem dosłownie wisiała na swoim chłopaku. Śmiem twierdzić, że zazdrościła niebieskowłosej koleżance, że chłopak ją obejmuje i gruchają jak dwa gołąbki. Niestety jej chłopak wyglądał na bardzo obojętnego, nie przytulał się do niej jakoś mocno, powiedziałabym, że wcale oraz bardzo mechanicznie trzymał ją za rękę.

Dlaczego to wszystko piszę?
Mam 25 lat i oczywiście, że jestem wciąż młoda i pełna życia, lecz nie jestem tak samo młoda jak nastolatki z metra. Jestem gotowa na małżeństwo, na dziecko i dorosłe życie z Drugą Połową. A Ci młodzi ludzie, czy myślą, żeby być razem już na zawsze? Być może. Jednak raczej w przyszłości i nie teraz planują ślub. 
Ja po prostu tęsknię czasami za tym momentem życia, kiedy jeszcze nie byłam pewna tego, co chcę robić, moje randki nie musiały kończyć się ślubem, kiedy byłam taka młoda i wolna. Wolna w sensie duchowym. Wolna od zbędnych stresów, zajęta tylko sobą i znajomymi. Jedyne nad czym musiałam się skupić to praca i studia, ale nie było to trudne. Nie szałałam aż tak, żeby zaniedbywać obowiązki, ale żyłam chwilą. Oglądają moje zdjęcia czuję jakbym patrzyła na młodszą siostrę.
Inne priorytety.
To jest właśnie to określenie, które idealnie podsumowuje ten tekst. Wczoraj nie myślałam o rodzinie i zawodzie w przyszłości. Wczoraj liczyło się, żeby szybko wrócić z pracy do domu, ogarnąć lekcje i spędzić czas w dobrym towarzystwie. Dzisiaj liczy się to, żeby szanować moją pracę, udoskonalać się, zdać ważne egzaminy i być prawnie nauczycielem, założyć rodzinę i urodzić pierwsze dziecko przez trzydziestką. Już nieważne są imprezy i zaliczanie koncertów. Owszem, trzeba się czasem odchamić i spotkać z ludźmi, ale nie potrzebuję tego, co tydzień i jeśli już, to nie musi być to huczna impreza. Grill i domówka są teraz najlepszą opcją. W tym wieku już myśli się o życiu poważnie, o przyszłości i co zrobić teraz, żeby późnej było lepiej.
Wiem, że zabrzmiałam, jak starsza pani, ale często niby wiem, że jestem młoda, a czuję się w środku tak trochę… staro :P

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
A jak Wy czujecie się w swoim wieku? 
Jak wspominacie młodość, jeśli to “naście” jest już za Wami?